Czternaście stopni

Czternaście stopni
„Podobno każdy kot żyje dziewięć razy i uważam to za całkiem prawdopodobne, ponieważ ja sam wiodę już trzeci żywot, a przecież nie jestem kotem.
Dziesięć lat temu dotknęła mnie z wolna postępująca choroba atakująca nerwy ruchowe, która stopniowa ogarnęła całą lewą połowę ciała. W taki sposób rozpocząłem swoje drugie życie… Nasz dom był tak zbudowany, że z garażu do kuchennych drzwi prowadziło czternaście stopni, które dla mnie stały się wskaźnikiem własnej sprawności. Były tym, czym laska dla kaleki, a jednocześnie stanowiły wyzwanie, by nadal żyć. Czułem, że jeśli nadejdzie dzień, gdy nie będę w stanie unieść stopy na następny schodek, po czym pokonując ból, dociągnąć stopy na następny schodek i powtórzyć tego czternaście razy – będę mógł uznać się za pokonanego, położyć się i umrzeć. Czas mijał, moje córki skończyły szkoły i powychodziły za mąż, a żona i ja zostaliśmy sami w naszym pięknym domu z czternastoma stopniami. Moglibyście sobie pomyśleć, że oto wchodził po nich człowiek odważny, o niezłomnym charakterze. Nic bardziej mylnego. Kuśtykał tam zgorzkniały, pozbawiony złudzeń kaleka, człowiek kurczowo trzymający się zdrowia, żony, domu i pracy za pomocą czternastu marnych stopni z garażu do tylnych drzwi. Z upływem czasu miałem coraz mniej złudzeń i byłem coraz bardziej sfrustrowany. Bez wątpienia, żona i przyjaciele wiele musieli znieść, gdy dzieliłem się z nimi swoją filozofią życiową. Żywiłem przekonanie, że na całym świecie nie ma nikogo, kto cierpiałby bardziej, niż ja. Nosiłem swój krzyż od 10 lat i najprawdopodobniej miałem go nosić dopóty, dopóki będę w stanie wejść po moich czternastu stopniach. Z goryczą rozpamiętywałem swoje najlepsze lata, kiedy chodziłem na wycieczki, pływałem, grałem w golfa, biegałem i skakałem.
Wreszcie, pewnej ciemnej, sierpniowej nocy narodziłem się po raz trzeci. Kiedy wyjeżdżałem samochodem z domu tamtego ranka, nie miałem pojęcia, że w mojej egzystencji zajdzie tak dramatyczna odmiana. Wiedziałem tylko, że tego dnia nawet zejście po schodach przyszło mi z wielkim trudem. Bałem się powrotu i pokonania ich w przeciwnym kierunku.
Wracając do domu tamtej nocy wpadłem w poślizg, wyleciałem na pobocze z przebitą oponą. Siedziałem w samochodzie, smaganym przez porywisty wiatr, w strugach deszczu, w ciemnościach, wczuwając się w moje położenie bez wyjścia – zmiana koła stanowiła dla mnie przedsięwzięcie nie do wykonania. Włączyłem silnik i ruszyłem z żółwią prędkością przed siebie jakąś piaszczystą drogą, aż dotarłem do domu, w oknach którego paliło się światło. Wjechałem na podjazd i nacisnąłem klakson.
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich mała dziewczynka. Krzyknąłem przez okno, że złapałem gumę i potrzebuję, aby ktoś zmienił mi koło, bo sam poruszam się o kulach. Dziewczynka weszła do domu, a po chwili pojawiła się wraz ze starszym mężczyzną w płaszczu przeciwdeszczowym.
Siedziałem wygodnie w samochodzie i było mi trochę żal tego człowieka i dziewczynki, którzy tak bardzo trudzili się w strugach deszczu. Cóż, pomyślałem, dam im za to parę groszy. Miałem wrażenie, że strasznie się grzebią i w końcu zacząłem się niecierpliwić. Patrzyłem poirytowany, jak dziewczynka podaje mężczyźnie lewarek. Wreszcie skończyli, samochód opadł na koła, trzasnęła klapa bagażnika, po czym dwójka pomocników stanęła przy moim oknie. Mężczyzna okazał się przygarbionym, szczupłym starcem, a dziewczynka mogła mieć jakieś dziesięć lat i patrzyła na mnie z szerokim uśmiechem.
- Dziękuję – powiedziałem – Ile jestem winien?
- Nic – odpowiedział starzec – wnuczka powiedziała mi, że jest pan kaleką i chodzi o kulach. Cieszę się, że mogłem pomóc. Wiem, że pan na pewno postąpiłby tak samo, gdybym to ja znalazł się w kłopocie.
- Chciałbym jednak jakoś się odpłacić – powiedziałem i wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z banknotem.
Starzec ani drgnął, dziewczynka zaś przysunęła się do mojego okna i szepnęła:
- Dziadek go nie widzi.
Przez kilka następnych sekund siedziałem jak skamieniały, a fala wstydu zalewała mnie z mocą, jakiej nigdy dotąd nie odczułem. Ślepy starzec i dziewczynka! Drżąc z zimna, nieporadnie trudzili się dla mnie w ciemnościach, które dla niego miały się nigdy nie skończyć. Zmienili koło w moim samochodzie, pracowali w deszczu i podmuchach zimnego wiatru, a ja siedziałem sobie wygodnie w ciepłym wnętrzu razem ze swoimi kulami. Ze swoim kalectwem. Nie wiem ile czasu tkwiłem tam jeszcze po tym, jak powiedzieli mi „dobranoc” i odeszli. Zdałem sobie powoli sprawę z tego, że po uszy pławiłem się w falach użalania się nad sobą, egoizmu, obojętności na potrzeby innych i bezmyślności.
Obecnie każdego dnia staram się nie tylko pokonać czternaście stopni, lecz na swój sposób odrobinę pomagać innym. Może któregoś dnia przyjdzie mi zmienić koło w samochodzie innego ślepego człowieka – równie ślepego, jak niegdyś ja".
Hal Manwaring

Komentarze

Celina Rosowska

Piekna historia !

Dodaj komentarz
  • Odwiedzin wszystkich: 230017 

BLOG KOBIETA - Wszelkie prawa zastrzeżone © 2022
Powered by Quick.Cms | Webmaster by Zakładanie stron artystycznych